czwartek, 26 kwietnia 2012
sobota, 21 kwietnia 2012
piątek, 20 kwietnia 2012
Film z momentami i golizną z filmów
To było prawie jak rytuał. Starzy wychodzili, zamykałem drzwi na klucz, odpalałem odtwarzacz VHS (moja kochana Mama miała kupić w NRD magnetowid.. przywiozła odtwarzacz, więc moje szanse na zostanie drugim Spielbergiem zostały już wtedy ograniczone do zera; na pocieszenie dostałem wpiździec haribo), wyciągałem z szafki "Nagi instynkt" (nie tam jakieś niemieckie erotyki, nic z tych rzeczy), przewijałem do kultowej sceny z Sharon Stone (nigdy nie można było zostawić kasety na momencie, ze względu na ryzyko przypału). Miałem tak z wieloma filmami, i prawie każdy z moich kolegów tak miał.. Rekordzista - Łukasz O. - przyznał, że oglądał tę scenę ponad 200 razy, aż najzwyczajniej w świecie zniszczył taśmę.
Coś w tym musi być, że oo 15 latach jedyne co pamiętamy z filmu "Porucznik Kwiatkowski" to piersi Renaty Dancewicz, z "Kingsajzu" - Jacka Chmielnika skaczącego po nagiej Kasi Figurze, z "Czterech pancernych" - Poli Raksy twarz, etc.
Wyobraźcie sobie, że ktoś, dla własnej i ludu uciechy, wziął te wszystkie VHS'y, poprzewijał, pozgrywał, pomontował i wrzucił do sieci w postaci 35-minutowej kompilacji. Film umieszczony jest na serwisie z filmami dla dorosłych, jednak sam w sobie nie zawiera pornografii - są to, bądź co bądź, fragmenty klasycznych kinowych filmów. Nie przestraszcie się - na dzień dobry wita nas brutalna scena z filmu Mike'a Leigh, ale później jest generalnie łagodniej:
Najgorzej jak człowiek siedział, jadł jakiś budyń i oglądał ze starymi "film po dzienniku", kiedy nagle parka na ekranie zaczynała radośnie baraszkować. Na was też rodzice patrzyli się na nas jak na zboczeńców, oczekując odwrócenia wzroku, lub - co najbardziej żenujące chyba - odwracając uwagę rozmową? Na ekranie zaczyna się sapanie, nagle matka pyta czy lekcje odrobione. Marlon Brando niezbyt romantycznie obchodzi się z Marią Schneider w "Ostatnim tangu w Paryżu", ojciec wyjeżdża nagle z tekstem, że chomik zdechł, bo przegryzł kabel od tostera. To było gorsze niż rzucanie kapciem w ścianę, gdy człowiek się zapomniał i zaczynał zbyt głośno wyć do Księżyca. Jak w telewizji jeden koleś rozwalał drugiemu łeb rodzice niewzruszenie żuli kotlet schabowy, panierowany, wiadomo. Tabu. Ale nie o tym chciałem...
Oczywistym jest, że momenty wyrwane z kontekstu, na żywca wycięte z ram scenariusza, całkowicie tracą swój pierwotny sens - stają się się marnej jakości filmami erotycznymi, na które warto rzucić okiem dla klimatu, no i z sentymentu.
Coś w tym musi być, że oo 15 latach jedyne co pamiętamy z filmu "Porucznik Kwiatkowski" to piersi Renaty Dancewicz, z "Kingsajzu" - Jacka Chmielnika skaczącego po nagiej Kasi Figurze, z "Czterech pancernych" - Poli Raksy twarz, etc.
Wyobraźcie sobie, że ktoś, dla własnej i ludu uciechy, wziął te wszystkie VHS'y, poprzewijał, pozgrywał, pomontował i wrzucił do sieci w postaci 35-minutowej kompilacji. Film umieszczony jest na serwisie z filmami dla dorosłych, jednak sam w sobie nie zawiera pornografii - są to, bądź co bądź, fragmenty klasycznych kinowych filmów. Nie przestraszcie się - na dzień dobry wita nas brutalna scena z filmu Mike'a Leigh, ale później jest generalnie łagodniej:
Najgorzej jak człowiek siedział, jadł jakiś budyń i oglądał ze starymi "film po dzienniku", kiedy nagle parka na ekranie zaczynała radośnie baraszkować. Na was też rodzice patrzyli się na nas jak na zboczeńców, oczekując odwrócenia wzroku, lub - co najbardziej żenujące chyba - odwracając uwagę rozmową? Na ekranie zaczyna się sapanie, nagle matka pyta czy lekcje odrobione. Marlon Brando niezbyt romantycznie obchodzi się z Marią Schneider w "Ostatnim tangu w Paryżu", ojciec wyjeżdża nagle z tekstem, że chomik zdechł, bo przegryzł kabel od tostera. To było gorsze niż rzucanie kapciem w ścianę, gdy człowiek się zapomniał i zaczynał zbyt głośno wyć do Księżyca. Jak w telewizji jeden koleś rozwalał drugiemu łeb rodzice niewzruszenie żuli kotlet schabowy, panierowany, wiadomo. Tabu. Ale nie o tym chciałem...
Oczywistym jest, że momenty wyrwane z kontekstu, na żywca wycięte z ram scenariusza, całkowicie tracą swój pierwotny sens - stają się się marnej jakości filmami erotycznymi, na które warto rzucić okiem dla klimatu, no i z sentymentu.
środa, 18 kwietnia 2012
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
czwartek, 15 marca 2012
Don't hate me, czyli o hejtingu
Tydzień temu udzieliłem w programie "Baloony Show" (ToSięWytnie.pl ma szczególny dar wymyślania tytułów, przez które potem ciężko podesłać linka mamie lub cioci Krysi) wywiadu. W freestyle'owej rozmowie z jednym z najmroczniejszych reporterów społecznych - Konstantym Kwasem - poruszyliśmy między innymi temat tzw. hejtingu, czyli internetowej "mowy nienawiści".
Z internetową agresją pierwszy raz spotkałem się na krótko po podłączeniu pierwszego modemu w 1997 roku. Pierwsze mailowe listy dyskusyjne kipiały od testosteronu. I to o jakie niebanalne sprawy ludzie przerzucali się fuckami, shitami, a potem, już na polskich grupach, kurwami, złodziejami i ignorantami: czy lepszy jest Oldfield czy Belew?; czy lepszy Canon czy Nikon (do zdjęć Nikon, do filmów Canon - przyp. red.)?; do tego nieśmiertelna wojna Krakusów i Warszawki; Warszawiaków i Warszawki wspomnianej, zwanej dalej Słoikami; Prawdziwych Warszawiaków (co najmniej 3 pokolenia wstecz i dziadek musiał zginąć w powstaniu) i Przyjezdnych (dziadkowie tych wieśniaków zdradziecko przeżyli powstanie), etc.
Był to, i nadal jest, hejting ogólnonarodowy. Wraz z YouTube'em i ogólnie z rozwojem wizualnej strony Internetu (w końcu można pokazać ryja, a nie tylko nick na forum) nastała zupełnie nowa era cyberagresji - sfrustrowana ogólną chujowością świata młodzież zaczęła masowo produkować komentarze, wyładowując w nich swój żal, rozczarowanie, próbując "dokopać" tym, którym coś się udało, poza zabiciem 13 dzików w World of Warcraft i wyciśnięciem porannego pryszcza na dupie. Najwięcej radochy z czytania zapewniały mi pogróżki, że ktoś mnie zabije tak jak ja kota w jednym z odcinków "Gotuj z Shebenem", oraz te o tym, że dzieci w Etiopii głodują a ja jedzenie marnuję.
Jednak hejterskie komentarze zdarzały się rzadko, przez 5 lat uzbierałoby się może z kilkadziesiąt. Do czasu, gdy wystąpiłem gościnnie jako prowadzący program Upd@ate w ToSięWytnie.pl.
Pomysł był prosty - wkręcić dzieciaki, że ich ulubiony prowadzący Dakann odchodzi z programu i zastąpi go nowy prowadzący. Przylazłem na kacu do studia, przeczytałem z promptera to, co Dakann napisał (stąd w ogóle zajawka, że prowadzący nie lubi swojej roboty na dzień dobry). I poszło. Łukasz Skalik ostrzegał, że będzie grubo, ale nie wiedziałem, że aż tak. Prawie 1000 komentarzy, w tym min. 90% to czysta agresja. Przy okazji tej negatywnej promocji program zrobił 377 tys. wyświetleń. Jak ktoś ma ochotę: Upd@te 232.
Paradoksalnie najłatwiej zdystansować się do tych najbardziej wulgarnych, bo one praktycznie nie mają odniesienia do tego, co robisz. Pośmieją się z ciebie, że jesteś "grubą świnią", "zarośniętą małpą", "pipą" i poczują się dzięki temu lepsi. Potem ci sami, po obejrzeniu czegoś innego, lub nawet tego samego, ale w innym nastroju, piszą "sheben git", "daje rady", "wróc do update'a". I ci też są od razu hejtowani za to. Nieskończona rzeka gówna. Ale z czasem się na to uodparniasz.
Poza wulgarnymi komentarzami na temat mojej fryzury, ubioru, nadwagi, zachowania, preferencji seksualnych, pojawiają się takie, które które naprawdę mnie irytują. Nie znoszę, gdy ktoś próbuje oceniać merytoryczną jakość mojego "dzieła" nie oglądając go. Mam ochotę każdą taką osobę zepchnąć kijem z mostu, wyłowić, zgwałcić analnie wędzoną makrelą i spalić na stosie śpiewając piosenki Krzysztofa Daukszewicza. Nie ma opcji, nie godzę się na to. Nie widziałeś - nie pierdol! Sam też nie oceniam filmów jak nie widziałem. Tzn. oceniam, ale nie dzielę się z nikim swoją oceną, po prostu nie idę do kina, nie oglądam. Nie podoba mi się Julia Roberts - zmieniam kanał. Wkurza mnie Kamil Du. - przerzucam na Jarosława Gu.
W czasach Facebooka hejterzy nie kryją się za wymyślnymi (bo z Tolkiena, z filmu lub gry) nickami, ale firmują wszystkie swoje wypowiedzi własną twarzą, imieniem i nazwiskiem. Gdyby człowiek się nudził, można po kolei - ku zdziwieniu wielkiemu autora tekstu - zgłosić do prokuratury popełnienie przestępstwa. Ale - jak pokazuje życie - to nie jest dobra droga. Widać, ludzie nadal nie lubią kapusiów.
Czy rzeczywiście polska młodzież jest szczególnie wypaczona, zawistna i skłonna do bardzo ostrego krytykowania, czy jest to światowy trend? A może to polityka portali, dla których nie jest ważny ani content, ani cel, w jakim użytkownik wszedł na stronę, ale "kliknięcie", odsłona reklamy? Jakby nie patrzeć, nie ma nic za darmo, nawet w internecie.
Kończąc, zostawię was z kawałkiem, z którego zaczerpnąłem tytuł.Don't hate me 'cause ja fajny jestem ;)
Z internetową agresją pierwszy raz spotkałem się na krótko po podłączeniu pierwszego modemu w 1997 roku. Pierwsze mailowe listy dyskusyjne kipiały od testosteronu. I to o jakie niebanalne sprawy ludzie przerzucali się fuckami, shitami, a potem, już na polskich grupach, kurwami, złodziejami i ignorantami: czy lepszy jest Oldfield czy Belew?; czy lepszy Canon czy Nikon (do zdjęć Nikon, do filmów Canon - przyp. red.)?; do tego nieśmiertelna wojna Krakusów i Warszawki; Warszawiaków i Warszawki wspomnianej, zwanej dalej Słoikami; Prawdziwych Warszawiaków (co najmniej 3 pokolenia wstecz i dziadek musiał zginąć w powstaniu) i Przyjezdnych (dziadkowie tych wieśniaków zdradziecko przeżyli powstanie), etc.
Był to, i nadal jest, hejting ogólnonarodowy. Wraz z YouTube'em i ogólnie z rozwojem wizualnej strony Internetu (w końcu można pokazać ryja, a nie tylko nick na forum) nastała zupełnie nowa era cyberagresji - sfrustrowana ogólną chujowością świata młodzież zaczęła masowo produkować komentarze, wyładowując w nich swój żal, rozczarowanie, próbując "dokopać" tym, którym coś się udało, poza zabiciem 13 dzików w World of Warcraft i wyciśnięciem porannego pryszcza na dupie. Najwięcej radochy z czytania zapewniały mi pogróżki, że ktoś mnie zabije tak jak ja kota w jednym z odcinków "Gotuj z Shebenem", oraz te o tym, że dzieci w Etiopii głodują a ja jedzenie marnuję.
Jednak hejterskie komentarze zdarzały się rzadko, przez 5 lat uzbierałoby się może z kilkadziesiąt. Do czasu, gdy wystąpiłem gościnnie jako prowadzący program Upd@ate w ToSięWytnie.pl.
Pomysł był prosty - wkręcić dzieciaki, że ich ulubiony prowadzący Dakann odchodzi z programu i zastąpi go nowy prowadzący. Przylazłem na kacu do studia, przeczytałem z promptera to, co Dakann napisał (stąd w ogóle zajawka, że prowadzący nie lubi swojej roboty na dzień dobry). I poszło. Łukasz Skalik ostrzegał, że będzie grubo, ale nie wiedziałem, że aż tak. Prawie 1000 komentarzy, w tym min. 90% to czysta agresja. Przy okazji tej negatywnej promocji program zrobił 377 tys. wyświetleń. Jak ktoś ma ochotę: Upd@te 232.
Paradoksalnie najłatwiej zdystansować się do tych najbardziej wulgarnych, bo one praktycznie nie mają odniesienia do tego, co robisz. Pośmieją się z ciebie, że jesteś "grubą świnią", "zarośniętą małpą", "pipą" i poczują się dzięki temu lepsi. Potem ci sami, po obejrzeniu czegoś innego, lub nawet tego samego, ale w innym nastroju, piszą "sheben git", "daje rady", "wróc do update'a". I ci też są od razu hejtowani za to. Nieskończona rzeka gówna. Ale z czasem się na to uodparniasz.
Poza wulgarnymi komentarzami na temat mojej fryzury, ubioru, nadwagi, zachowania, preferencji seksualnych, pojawiają się takie, które które naprawdę mnie irytują. Nie znoszę, gdy ktoś próbuje oceniać merytoryczną jakość mojego "dzieła" nie oglądając go. Mam ochotę każdą taką osobę zepchnąć kijem z mostu, wyłowić, zgwałcić analnie wędzoną makrelą i spalić na stosie śpiewając piosenki Krzysztofa Daukszewicza. Nie ma opcji, nie godzę się na to. Nie widziałeś - nie pierdol! Sam też nie oceniam filmów jak nie widziałem. Tzn. oceniam, ale nie dzielę się z nikim swoją oceną, po prostu nie idę do kina, nie oglądam. Nie podoba mi się Julia Roberts - zmieniam kanał. Wkurza mnie Kamil Du. - przerzucam na Jarosława Gu.
W czasach Facebooka hejterzy nie kryją się za wymyślnymi (bo z Tolkiena, z filmu lub gry) nickami, ale firmują wszystkie swoje wypowiedzi własną twarzą, imieniem i nazwiskiem. Gdyby człowiek się nudził, można po kolei - ku zdziwieniu wielkiemu autora tekstu - zgłosić do prokuratury popełnienie przestępstwa. Ale - jak pokazuje życie - to nie jest dobra droga. Widać, ludzie nadal nie lubią kapusiów.
Czy rzeczywiście polska młodzież jest szczególnie wypaczona, zawistna i skłonna do bardzo ostrego krytykowania, czy jest to światowy trend? A może to polityka portali, dla których nie jest ważny ani content, ani cel, w jakim użytkownik wszedł na stronę, ale "kliknięcie", odsłona reklamy? Jakby nie patrzeć, nie ma nic za darmo, nawet w internecie.
Kończąc, zostawię was z kawałkiem, z którego zaczerpnąłem tytuł.Don't hate me 'cause ja fajny jestem ;)
wtorek, 13 marca 2012
Rude, rude, rude.. epilog.
... a może po prostu chodzi o to, że akurat te wybrane rude są piękne? Bo na mieście to różnie z tymi "rudymi" bywa. Jeździcie komunikacją miejską? W większości są to stare baby, które akurat "rudością" postanowiły przykryć siwiznę, dużo jest zaniedbanych dwudziestoparolatek z tłustawym, ale rudym, owłosieniem głowy. No i zostaje pewnie max. 5% od których nie można oderwać wzroku. Czyli identycznie jak z każdym innym kolorem włosów (*).
Napisałem najprawdopodobniej najgłupszą notkę świata tylko po to, by czymś umotywować to, co widać poniżej <3 :)
A, i pamiętajcie:
* testowano organoleptycznie.
Napisałem najprawdopodobniej najgłupszą notkę świata tylko po to, by czymś umotywować to, co widać poniżej <3 :)
A, i pamiętajcie:
* testowano organoleptycznie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










































































